0003-7050-trzy_opowiadania_i_list_-_ok_adka_-_artur_boratczuk_b_sml_120

Trzy opowiadania i list

Autor:  Artur Boratczuk
Gatunek: Proza
Wydawca: a-book autorski
Data wydania: 2011
Data dodania:  10 lipca 2011, 15:49:21
ISBN: 978-839-3333-71-4

Krótki opis:

Nieoczekiwane skutki zniszczenia niemieckiego czołgu jednym granatem, wesele we Fraudencji, niełatwy żywot pewnego kloszarda i list kolegi Ijona Tichego w sprawie kosmicznych poszukiwaczy skarbów. Zbiór krótkich form literackich, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Książka dostępna gratis pod adresem: http://virtualo.pl/trzy_opowiadania_list/nowosci/m2i9306/

Fragment:

Pierwsze opowiadanie ze zbiorku:

 

Krzyż Walecznych

 

 

Marchewki w tym roku stary Kubica postanowił siać więcej niż zwykle. Zwykle siał dwa rządki, ot tyle, co do rosołu na niedzielę i żeby, jak żonusi się zechce, było z czego zrobić sałatkę na Wielkanoc. Piwnicę miał dobrą, poniemiecką, wszystkim woda podchodziła, a u niego zawsze sucho i marchewka mogła leżeć i leżeć, nawet i dwa lata. Dobrze mu było w tej piwnicy, urządził się jak lord, miał lodówkę, praleczkę, kibelek i trochę gratów do spania i siedzenia. Tylko prądu do żarówek trzeba było palić bez przerwy, bo żadnego okienka nie miała. I te rachunki za prąd coraz bardziej go trwożyły. Na lekarstwach trzeba było oszczędzać, na książkach (a co w piwnicy robić jak nie czytać?) i nawet żona, jak szła do kościoła to się wstydziła, bo na tacę dawał jej tylko złotówkę, a nie dwa złote jak kiedyś.

Wychodził z piwnicy najwyżej na godzinę dziennie między czternastą a piętnastą, kiedy w radio ludzie dzwonili w ważnych sprawach życiowych. Ale poza tym cały czas musiał sobie świecić.

Z tych rozmów w radio dowiedział się, że znowu wszystko drożeje, zwłaszcza zielenina, i pomyślał ubić jakiś interes. Marchewkę sprzeda się sąsiadom mniej zaradnym albo zaganianym, którzy czasu nie mieli na pielenie i ledwo trawnik raz na dwa tygodnie kosili. Swojską marchewkę każdy kupi, a już od bohatera wojennego na pewno. Jak się jeszcze rozejdzie, że Kubica do każdego pęczka dorzuca trochę wieści z kosmosu, to się nie opędzi.

Siał akurat dwunasty rządek, już prawie ar tej marchwi było, kiedy Burek zaczął szczekać. Przez furtkę ładowało się jakichś dwóch w garniturach i kobita.

Urząd skarbowy! – Kubicowa, z natury strachliwa, zaczęła się trząść. – Jeszcze jednej marchewki nie sprzedałeś, nawet nie wzeszła, a już domiar. Gorzej jak za Gomułki. Jak tu żyć?! – lamentowała.

Nie becz – uspokoił ją. – Słyszałem, w radio mówili, że do emerytury dorobić można płodami ziemi bez żadnych podatków. A do wojennej to już na pewno. W końcu po co ja ten niemiecki czołg rozwaliłem?

Kubicowa uspokoiła się trochę na te słowa, a kobieta, która towarzyszyła elegancikom, przedstawiła ich:

Panowie są z Ameryki, poszukują, SETI, ja jestem tłumaczką.

Sety? Ale u nas tylko marchewka i to dopiero na jesień! Bimber pędzi Janicki na końcu wioski. – Kubicowa starała się wyjaśnić nieporozumienie.

Mam trochę siwuchy w piwnicy. Skocz i przynieś kieliszki. Na ten upał sam był setę walnął. Gość w dom, Bóg w dom.

Ja ci dam siwuchy! W twoim wieku?! Z twoim ciśnieniem?! Ponad osiemdziesiątka na karku, a ten by tu się spijał w samo południe! – skoczyła Kubicowa.

Search for Extra–Terrestrial Intelligence – rzucił wyższy z Amerykanów.

Panowie szukają pozaziemskich cywilizacji – szybko objaśniła tłumaczka, bojąc się międzynarodowego skandalu.

Kubicę tknęło coś, ale Kubicowa była szybsza:

W naszej gminie o takowe ciężko, może w powiecie by zapytali?

Mister Kubica? – spytał wyższy z Amerykanów, widać śmielszy.

No, chyba można tak powiedzieć... – nieśmiało przytaknął Kubica.

Amerykanin zaczął trajkotać, tłumaczka ledwo nadążała z tłumaczeniem:

Panowie dowiedzieli się o panu przypadkiem, z dokumentacji medycznej i pogłosek, które do nich dotarły. Tak ich to zaintrygowało, że chcą trochę porozmawiać i zadać kilka pytań.

Kubica słuchał w skupieniu, ale nagle rzucił motykę i złapał się za głowę.

Lista przebojów! – krzyczał z obłędem w oczach. – Do piwnicy! Szybko! Bo zaraz będzie Doda!

I rzucił się biegiem do swojej piwnicy.

Jak macie gadać, to idźcie za nim. Dzisiaj już nie wyjdzie. Ja tu sobie marchewkę spokojnie skończę. Ja tam nie schodzę, grzybem i wilgocią śmierdzi, choć stary czaruje, że sucho, i mnie na noce zaprasza. Nie powiem, że czasem nie zajdę... – wdawała się w szczegóły, zerkając na młodszego z Amerykanów, który z profilu był podobny do jednego aktora z telewizji, i lekko się przy tym czerwieniła, ale machnęła ręką i chwyciła za haczkę, widząc, że trójka gości zmierza już za Kubicą.

Kubicę rozbolała głowa, jak zawsze, gdy nie zdążył w porę zejść pod ziemię i leżał na tę okoliczność na tapczanie. Leżał na wznak i patrzał na Krzyż Walecznych zawieszony na makatce nad łóżkiem. Patrzenie na ten krzyż zawsze mu dobrze robiło. Znów czuł się młody i zdrowy, jakby cofał się w czasie o te sześćdziesiąt parę lat. Wyskakiwał z okopu, gdzie wszyscy skuleni czekali na śmierć i ciskał granatem w tygrysa sunącego na jego oddział, a czołg stawał w płomieniach i wyskakiwali z niego pancerni koszeni z pepeszy przez kubicowych towarzyszy, którym wyczyn Kubicy dodał skrzydeł i rzucili się do ataku, odpierając natarcie doborowej jednostki Wehrmachtu. Nieprzytomny Kubica z raną w głowie padł tuż obok zniszczonego przez siebie czołgu.

Kiedy to się zaczęło? – tłumaczka przełożyła pytanie wyższego.

Z głosami? – upewnił się się Kubica, choć nie miał wątpliwości, o co im chodziło.

Z głosami – potwierdziła tłumaczka słowa Amerykanina.

Jakoś jak Stalin zmarł. Wolna Europa zaczęła wtedy chyba silniej nadawać i wtedy pojawiły się te głosy.

Chwalił się pan tym?

Jednemu się pochwaliłem i już na drugi dzień milicja po mnie była. Zawsze wiedziałem, że Stelmachowicz to kapusta. – Kubica chciał splunąć dla potwierdzenia swoich słów, ale bał się gości oślinić, bo otoczyli go ściśle, nawet przysiedli na tapczanie.

Wtedy pana zaczęto badać?

Wtedy. Wzięły mnie w obroty wszystkie profesory z Warszawy i kilku ruskich. Parę miesięcy eksperymenty robili.

Jakie eksperymenty?

Myśleli, że ja mam radio gdzieś w kieszeni ukryte, takie malutkie, i słucham, a potem mówię, co słyszałem. To mnie rozbierali do naga i zamykali w różnych pomieszczeniach. A ja im na bieżąco mówiłem, co Wolna Europa nadaje. Potem mnie prześwietlili i zobaczyli ten odłamek w głowie. Proszę pana, ja ledwo przeżyłem, trzy czołgi hitlerowskie zwalczyłem i tak mnie szrapnel przy tym trafił, że ledwo mnie odratowali! Bały się łapiduchy wyciągać ten szrapnel z mojej głowy, bo w mózg się wbił i czekali tylko, aż się przekręcę. Krzyż to, panie, za te cztery czołgi, ja oficjalnie pośmiertnie dostałem, bo myśleli, że oczu już nie otworzę. A otworzyłem i wyzdrowiałem po pół roku. Ale już koniec wojny był, na front nie było po co wracać, to mnie władza, za te pięć czołgów i za to że przeżyłem, dom i rolę dała.

Tak, to godne podziwu. Ale może pan się skupić bardziej na tym odłamku?

No co, odłamek jak odłamek, trzy centymetry długi, centymetr szeroki, ostry, wbił się i widać się z nerwem jakimś zrósł, że zaczął robić za antenkę, jak przyszła pora na antenki. Tak w każdym razie jakiś ruski profesor wykoncypował.

Czy oprócz Wolnej Europy odbierał pan też inne sygnały?

Wtedy nie, tylko Wolną Europę. Choć u Maciejaków na górce łapałem czasem Głos Ameryki, ale rzadko. Te ruskie chcieli na mnie eksperymenty dalej robić i sprawdzać, czy przez tę antenkę, to jest odłamek, nie da się do mnie czegoś nadawać, na przykład żebym wstał, szedł przed siebie, machał sztandarem, robił czyny społeczne, bił rekordy wydajności pracy i takie tam. Budowali jakieś ustrojstwa i coś do mnie nadawali, ale ja nie odbierałem. Może na innych potem to dalej ćwiczyli, bo podsłuchałem, jak kombinowali, żeby paru takie antenki wszczepić sztucznie, dłuższe i trochę w innym miejscu, bardziej na czole. Nie wiem dokładnie, co z tego wyszło. Ja się wypisałem, bo stara moja chryi narobiła, jeździła po sekretarzach i się skarżyła, że kombatanta, bohatera w szpitalach trzymają, a w polu robić nie ma komu. W końcu mnie puścili.

I jak się pan czuł w miarę upływu czasu?

Wyśmienicie! A jak już tę wieżę w Gąbinie pobudowali i zacząłem odbierać jedynkę, to miód malina! – Kubica wyraźnie się ożywił. Ból głowy mu przeszedł, ale leżał sobie dalej ze zbolała miną, bo przyjemnie mu było, jak go tak otaczali i słuchali. – Szedłem orać i od rana do wieczora jak na koncercie. Proszę pani! I panów. – Zmitygował się, widząc, że tłumaczka ledwo nadąża z przekładem. – Co to były za czasy! Czerwone Gitary, Santorka, Połomski! W lecie Opole całe słuchałem przy żniwach i cały Sopot! Pust wsiegda budiet sonce... – zanucił rozmarzony. – Na Lato z radiem to budziłem się z samego rana, żeby niczego nie przeoczyć. Stara do mnie z mordą, a ja tylko tak, tak i słuchałem sobie wszystkiego prosto w mojej głowie.

Taaak, ale słyszał pan coś jeszcze oprócz radia...? – Kubica najeżył się trochę, ale dobrze mu się gadało, więc gadał dalej:

W siedemdziesiątych latach, po zimie stulecia, gdzieś w 1979 zacząłem słyszeć ICH.

W jakich okolicznościach to się zaczęło?

Normalnych. W sobotę popiłem u Janickiego, naprawdę polecam, zajdźcie, takiego bimbru w całym województwie nie uświadczycie! W niedzielę wstałem, żeby posłuchać spokojnie koncertu życzeń. A tu pustka w głowie, tylko kac. Łeb mnie pękał, wydudniłem trzy słoiki kwaszonych, a w głowie dalej pusto. I nagle taki świst, tertolenie jakieś, pikanie, a potem głos, jakby z najdalszej dali.

Co mówił?

Różne rzeczy i, nie powiem, bardzo grzecznie, zawsze panie Kubica to, panie Kubica tamto.

Ale dokładnie co?

To było wiele lat mówienia, ja przecież wszystkiego nie pamiętam!

Ale ogólnie chyba pan pamięta?

Pewnie że pamiętam. Kto by nie pamiętał? Jak zaczynał mówić, to jakby mnie w głowie paliło, jakąś moc mieli. Mówili, że są z Andromedy, wiedzą o nas, że są pokojowo nastawieni i znaleźli mnie w kosmosie dzięki swojej technice, bo u nich ludzie, znaczy ludzie, ONI, już dawno nie mówią, tylko sobie myśli od razu przekazują z głowy do głowy.

Chcieli coś od pana?

Konkretnie nic. Jeden raz chciał jakby parę złotych pożyczyć, bo tak się zgadałem z nimi o pieniądzach, a nie rozumiał niby, co to jest, he, he... Ale się wymówiłem, że wszystko na nawozy poszło i może po żniwach, jak kontraktację sprzedam. A później nie nalegał już, one są bardzo taktowne.

Czy coś panu przekazywali?

Ba, wiercili mi we łbie parę lat! Kazali wszystko zapisywać i dyktowali godzinami!

Zapisywał pan?! – W końcu niższy się czymś podekscytował.

Pewnie, że zapisywałem, spróbowałbym nie zapisywać... Wszystko drobnym maczkiem. Dyktowali jakieś wzory, niby na energię, rysunki całe różnych maszyn i urządzeń, schematy i różne różności.|

Ma pan te zapiski?

Co mam nie mieć? Leżą gdzieś w pudle, za komodą. – Wskazał mebel przytargany z góry, stojący w kącie piwnicy. – Pani sięgnie, na lewo. – Tłumaczka wstała z tapczanu i wyjęła zza komody kilkanaście grubych brulionów.

Można? – Złapał je od razu niższy z Amerykanów.

A proszę.

Amerykanin wertował bruliony. Z każdą kartką jego oczy robiły się coraz większe, poczerwieniał, ledwo łapiąc oddech wykrztusił:

Ależ to przełomowe informacje! One mogą pchnąć los ludzkości na zupełnie nowe tory, wprowadzić nas na niewyobrażalny teraz poziom technologiczny!

Ja tam się nie znam – stęknął Kubica podnosząc się w końcu z pozycji na wznak do półsiedzącej. – Kazali pisać, to pisałem. I tak nie dla mnie miało być, tylko niby dla całej ludzkości. Chcecie, to bierzcie. Już i tak kłopoty z tego tylko miałem. Jak był stan wojenny, chciałem to gdzieś wysłać, do jakiejś gazety, ale mnie zaraz wzięli na przesłuchanie że szpieg. Na szczęście nic z tego nie rozumieli i oddali. A ludzie to się ze mnie śmieli, że z kosmitami rozmawiam.

Naprawdę mógłby pan nam to podarować?

Kubica przybrał odrobinę bardziej oficjalny ton:

No, jakbyście z góry zaabonowali dwa wiadra marchwi, to wtedy mógłbym wam to podarować.

Ile za tę marchew? – spytał niższy.

Teraz jest tania, ale jesienią... Mówią, że spekulanci na cenach grają, ropa idzie w górę, to i marchewka pójdzie. Jak ropa idzie, to marchewka zawsze też... – Targował się Kubica.

Amerykanin wyjął trzy banknoty po sto dolarów każdy.

Starczy za te dwa wiaderka?

Co ma nie starczyć... – Szybko, żeby się nie rozmyślili, Kubica schował pieniądze.

To my już się pożegnamy. – Amerykanie nie mogli już usiedzieć. Pożegnali się i wyszli. Niski przyciskał bruliony do piersi jak największy skarb. Kubica patrzył na to bez zdziwienia. Ludzkość musi kiedyś poznać i zrozumieć inne cywilizacje. Jeśli jemu pisane było w tym jakoś pomóc, to zrobił, co mógł, a że trzysta dolarów przy okazji wpadło, to tylko się cieszyć. Chętnie wyszedłby na dwór, wziął starą do sklepu i kupił jej jakąś chustkę, posiedzieliby przed domem do zmroku, patrzeli, jak słońce chowa się za polami. Ale nie mógł się ruszyć ze swojej piwnicy o tej porze. Odkąd wolność nastała, tyle w powietrzu stacji zaczęło nadawać i z taką siłą, że głowa mu od tego pękała. A ta najsilniejsza, którą najczęściej na podwórku łapał, taką muzykę grała, że nie mógł ani minuty słuchać. Samo wycie i wrzask, dudnienie jedno wielkie. To już nie na jego głowę. Tylko do piwnicy żaden sygnał nie docierał, tylko tutaj mógł być sobą, mieć swoje myśli. A i jeszcze wczesnym popołudniem dało się wyjść na godzinkę, kiedy ta stacja nie grała w kółko muzyki, tylko ludzie dzwonili i opowiadali o swoim życiu. Tego mógł jeszcze posłuchać, choć, prawdę powiedziawszy, co oni teraz mieli za życie...

Pan Kubica? – Wyrwał go z zamyślenia jakiś męski głos. Po schodkach w głąb piwnicy schodził znów jakiś ubrany w garnitur elegancik. Ale żaden z tamtych i do tego po polsku gadał, a nie po amerykańsku.

Jam jest – potwierdził.

Pan ma w głowie tę antenkę i odbiera radio?

Zgadza się – dostojnie odparł Kubica. – To się zaczęło w 1944, jakem sześć faszystowskich czołgów jednym granatem rozwalił. O, ten krzyż jest właśnie za to. – Wskazał swoje odznaczenie. – Odłamek mi wtedy w głowie utkwił i tak jakoś po śmierci Stalina...

W 1953? – wtrącił ze znawstwem nowy gość.

Tak, w 1953 zmarł, i wtedy zacząłem odbierać radio. Ach, co to były za czasy, Czerwone Gitary, młody Krajewski, Santorka, Połomski, potem głosy – Kubica recytował w najlepsz,e mając nadzieję, że dzisiaj jego szczęśliwy dzień, że tyle marchwi zaabonują, że ogródka mu nie starczy na jej sianie.

Proszę tu podpisać. – Mężczyzna w garniturze nie słuchał jednak zbyt dokładnie tego, co Kubica miał do powiedzenia i podsunął mu pod nos jakiś urzędowy kwitek.

Co to jest? – obruszył się Kubica.

Nakaz płatniczy. Od roku 1953, przez 58 lat, nie płacił pan abonamentu radiowo–telewizyjnego za odbierane programy. Nazbierało się tego z odsetkami, panie Kubica, oj, nazbierało...

Komentarze (2)

  • Nawet się czyta ale koniec- do kitu. Końcówka mało wiarygodna. Abonament jako świadczenie okresowe przedawnia się po 3 latach.Proszę zajrzeć do kodeksu cywilnego.

  • Hmm, cieszę się, że za mało wiarygodną uznałeś jedynie egzekucję zaległego abonamentu, a nie na przykład odbieranie audycji radiowych przy pomocy odłamku granatu tkwiące w mózgu. Przypominam, że to opowiadanie, utwór literacki, a nie casus prawniczy...

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się